Brzmi to jak requiem dla potępionych, jak krzyk duszy skazanej na mękę. Ten lament wichury doprowadził już wielu do szaleństwa. Dwa miesiące temu musiałem odesłać do bazy w Uplavnik naszego traktorzystę, młodego człowieka. Jego nerwy nie wytrzymały właśnie lamentu wichury. Stracił poczucie rzeczywistości. Tej nocy ów ponury, żałobny śpiew raz potężniał, raz słabł, choć siła podmuchów była ciągle jednakowa, ciągle wielka. Wichura wciąż napinała naciągnięte już i tak do kresu wytrzymałości liny antenowe. Przyznaję szczerze, że nie byłem w nastroju, który sprzyja słuchaniu tak makabrycznej muzyki. Ale tej nocy, na tym lodzie zupełnie inny dźwięk tłumił tę straszliwą pieśń. Potężny ryk wielkich silników lotniczych wydawał się bardzo bliski. Zwróciliśmy się twarzami w jego kierunku. Niestety, nie mogliśmy niczego dojrzeć. Niebo, choć śnieg nie padał, było pokryte ciężkimi chmurami. Wielkie opady śniegu, rzecz dziwna, są prawie niespotykane na wielkich lodowcach. W powietrzu było pełno maleńkich, bardzo ostrych i wciąż przez wichurę nanoszonych kryształków lodu. Kłuły one nas w twarze, przedostając się poprzez najdrobniejsze szpary między maską śniegową a okularami.

(Reklama: drogeria białołęka , kompresory )